Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pielęgnacja twarzy/ciała. Pokaż wszystkie posty

Pora przedstawić mój cały zespół! :)

Kosmetyki marki Sylveco przewijają się przez mojego bloga w regularnych odstępach czasowych. Wiecie, dawkuję powoli, co by nikt nie pomyślał, że oszalałam na ich punkcie i nie podejrzewał, że wykupiłam cały asortyment. Z dniem dzisiejszym pora na całe rozstrzygnięcie i pokazanie, jak naprawdę wygląda moja Sylvecowa kolekcja. Nie będę Was oszukiwać, nazbierało się tego trochę przez ten czas, dlatego chciałabym się  pochwalić kolekcją, a przede wszystkim pokazać, czy naprawdę są warte i Waszej uwagi. Moja rada przed przeczytaniem wpisu: nie jedzcie nic słodkiego, bo dzisiaj słodycz będzie się lała strumieniami u mnie! :). 






Cała przygoda rozpoczęła się od kupna kremu. To był mój pierwszy, naturalny kosmetyk do pielęgnacji twarzy. Miłość "od pierwszego wklepania w skórę". Cera stała się promienna, gładka, nawilżona i co najważniejsze, krem nie przyczyniał się do zapychania porów na mojej skórze. Miłość musiała się rozwijać, dlatego też poszerzała swe horyzonty o nowe produkty. Z dwóch zrobiło się trzy, z trzech nagle cztery i .... tak oto powstała mała gromadka Sylvecowych produktów :). 






Lekki krem brzozowy - od  niego wszystko się zaczęło :). Doskonała formuła, świetny skład, skuteczne działanie i oczekiwane rezultaty. Kosmetyk służył mi przez cały letni okres i świetnie się spisał. Nigdy nie narzekałam na świecenie się skóry, tłustą konsystencję czy obciążenie. Bardzo dobrze współpracował z makijażem. Jako że używam sypkiego podkładu mineralnego, krem bardzo fajnie utrwalał i utrzymywał podkład na skórze. Niestety już od ponad miesiąca kremu nie używam, bo zwyczajnie się skończył. Chciałam wypróbować innych, lekkich wersji i padło na lekki krem nagietkowy, o którym również dziś wspomnę. Więcej o lekkim kremie brzozowym możecie poczytać tutaj [klik].



O kremie z betuliną pisałam niedawno [Klik]. Dla mnie jest genialny, zwłaszcza jeśli chodzi o zimową porę. Przed jego zakupem borykałam się z problemem suchej skóry, która aż się prosiła o jakąś solidną dawkę nawilżenia. Lekka wersja kremu nie wystarczała, dlatego w ruch poszedł ten z betuliną. Po kilku tygodniach stosowania skóra jest nawilżona do tego stopnia, że cheat day bez kremu jest możliwy, cera nie dopomina się o wklepanie kosmetyku w ciągu dnia. Tak jak w poprzednim wypadku nie ma obaw o zapchanie porów, ale cery tłuste muszą uważać, bo konsystencja kremu jest dosyć tłusta. Z tej racji osobiście stosuję krem tylko na noc, ponieważ wtedy efekt świecenia się skóry nie jest mi straszny :). Skóry suche, jesteście obecne? W takim razie bierzcie i smarujcie, bo kosmetyk naprawdę należy do super nawilżaczy :). 



O pomadkach dziś pierwszy raz.  Posiadam dwie wersje: rokitnikową oraz z peelingiem. Dla mnie najlepsze pomadki, jakie do tej pory udało mi się dorwać. Pierwsza z nich - rokitnikowa, jest delikatna, ma masełkową konsystencję i pozostawia na ustach delikatny połysk. A ten połysk trochę taki magiczny, bo nie tylko błyszczy, ale nawilża, chroni i regeneruje suchą skórę ust. Druga z kolei to figlarny "drapak", który jednym pociągnięciem cudownie peelinguje nasze usta, pozostawiając na nich drobinki cukru trzcinowego. Dla mnie świetne połączenie naturalnego składnika z funkcjonalnym działaniem. Przyznam się bez bicia, że cukier długo nie zostaje na ustach, łakomstwo na to nie pozwala ;). Na koniec mogę Wam powiedzieć, że w tym roku (po raz pierwszy) problem suchych, często skubanych skórek jest mi totalnie obcy. Regularne używanie pomadek nie dopuszcza żadnych urodowych mankamentów  :). 

Krem do rąk już zdążył się zaprezentować na blogu. Na moich dłoniach gości niemal codziennie. Kremów do rąk mam dosyć sporo, ciągle kupuję, a nigdy nie zużywam do końca. Z tym będzie inaczej, dlatego też w tym wypadku stosuję umiar w użytkowaniu :). Dla mnie niezawodny, pod rękawiczki na mroźne dni jak znalazł ;). Więcej o kremie poczytacie tutaj [Klik].


Kremowy żel pod prysznic zakupiłam w zestawie wraz z kremem brzozowym. Polecam upatrywać takie duety, bo ceny są naprawdę korzystne. Krem plus żel kosztował mnie 28zł. Bardzo fajnie się pieni na skórze, delikatnie pachnie (cytrynowo, ale nie ostro) i przede wszystkim nie wysusza skóry po kąpieli. A w zimie moja skóra lubi się przesuszać, dlatego też dbam o to, aby wyeliminować wszystkie wysuszające produkty. 





Krem rokitnikowy pozostawiłam na samym końcu, o nim również jeszcze nie pisałam. W mojej kosmetyczce jest to poprzednik lekkiego kremu brzozowego i muszę Wam się przyznać, że jestem nim zawiedziona. Krem wypada znacznie gorzej w przeciwieństwie do jego poprzednika. Na początku miałam nadzieję, że rozsmarowując krem na skórze jego żółty odcień zniknie lub dopasuje się do skóry. Niestety tak się nie stało, a żółte smugi kremu wraz z nałożonym podkładem wyglądają bardzo nieestetycznie. Wygląda to tak, jakbym nie roztarła starannie nałożonego podkładu lub wybrała ciemniejszy odcień. Sytuacja podobnie wygląda z nawilżaniem - w tym wypadku nie odczuwam tego, aby krem starannie nawilżał moją skórę jak ten brzozowy. No cóż, nie wszystko musi się sprawdzać, ale już wiem, że kolejny raz kremu nie kupię i szybko będę dążyć do tego, aby zafundować sobie jego brzozowego brata :). 

Dobrnęłam do końca, mam nadzieję, że Wy również :). 
Wpadło Wam coś w oko? :) Może też macie jakiś kosmetyk z tych powyżej w swoim arsenale? :) 








Zakupowe plany na 2015 rok. Makijaż + pielęgnacja włosów.

Notując skrupulatnie ostatnio moje plany zakupowe na 2015 rok pomyślałam sobie, że fajnie by było się Nimi z Wami podzielić. W tym roku postanowiłam troszeczkę powiększyć moją makijażową kosmetyczkę i spróbować czegoś nowego. Wiele rzeczy, które zakupiłam w 2014 roku sięgają już dna, dlatego nowy rok to najwyższy czas, aby nakreślić jakieś zakupowe plany. Po co planować? Dla mnie to bardzo wygodne. Jako że jestem osobą zapominalską takie listy to skarb. Nic nie zginie, nie przepadnie i nie będzie się plątać po głowie :). To co, zaczynamy? :)



MAKIJAŻ

1. Maybelline Instant Age Rewind (korektor wygładzający). Jestem z osób, które ciągle poszukują tego idealnego korektora do twarzy. Ten z Inglota o którym kiedyś już pisałam [klik] sprawdza się dobrze w roli kamuflażu jakiegoś pryszcza. Jeśli chodzi o użycie pod oczami - nie jest do tego stworzony. Roluje się w zakamarkach  skóry, brzydko świeci i nie pozostawia fajnego, matowego wykończenia. Zatem więc wielkie nadzieje pokładam w korektorze z Maybelline, o którym słyszałam dotąd tylko pochlebne opinie. Korektor świetnie nadaje się do nakładania na skórę wokół oczu,  a takiego mi właśnie potrzeba. Powinien zamaskować cienie pod oczami i stosunkowo długo się trzymać, bez efektu świecenia się i zbierania w załamaniach. 

2. Paletka cieni Makeup Revolution I love naked chocolate. To zupełna nowość na rynku, która jeszcze nie jest dostępna w Polsce. Gdy po raz pierwszy zobaczyłam te przepiękne odcienie brązów i beżów od razu wiedziałam, że powinna u mnie zagościć. Co prawda moja kosmetyczka nie powinna narzekać na brak brązowych odcieni, ale dla mnie są tak uniwersalne i tak przeze mnie lubiane, że mogę ich mieć jeszcze więcej. Bardzo dobrze się czuje z takimi kolorami na powiece, zwłaszcza, że świetnie się sprawdzają w makijażu codziennym. Ta paletka na pewno służyłaby mi dosyć często, kolory są neutralne, matowe i nie szalone. "Dziewczyny lubią brąz..." śpiewał Rynkowski, no i miał oczywiście rację! :) 

3. Sleek Makeup Vintage Romance - to kolejna paletka, która chodziła za mną już w zeszłym roku. Niebywale eleganckie cienie, świetna i wręcz tajemnicza kolorystyka na pewno nie raz posłużyłaby mi podczas wieczorowych wyjść. W dzień stonowane brązy i beże,  w wieczór tajemnicze i uwodzicielskie fiolety. Tak jak już wspomniałam na początku, chciałabym przełamać trochę moje makijażowe stereotypy i wypróbować czegoś nowego. Myślę, że z tą paletką wyczarowałabym niejeden przepiękny i niebanalny makijaż. 

4. Zestaw do konturowania twarzy Inglot - Bardzo lubię kosmetyki tej marki, dlatego też z ich kosmetycznych zasobów bardzo chętnie wypróbowałabym również ten zestaw. Do tej pory nie konturowałam twarzy, ale że widziałam efekt tego zabiegu i prezentuje się bardzo efektownie - również chciałabym go wypróbować. Potrzeba mi do tego "dobrego sprzętu", a o tym z Inglota słyszałam wiele pozytywnego. Zależy mi na subtelnym, nie przerysowanym efekcie, który będzie dopełniał całość makijażu. Mam pewność, że jakość kosmetyków z Inglota jest w porządku, dlatego też wybór padł na tę właśnie paletę. 



PIELĘGNACJA WŁOSÓW

5. Kallos odżywka do włosów - od razu mówię, że jeszcze nie mam dokładnie sprecyzowanych planów co do tego, jaką odżywkę wybrać z całej gamy. Może dziewczyny Wy mi jakieś polecicie? Ten mleczny odpada, bo dla mnie zbyt dużo protein i bałabym się o przeproteinowanie swoich włosów. Jako że każdemu myciu i olejowaniu moich włosów towarzyszy tzw. tuningowanie, taki litrowy kallos świetnie by się u mnie sprawdził jako bazowa odżywka. Wiele razy już chciałam go kupować (dwa razy miałam w koszyku) a ciągle miałam jakieś wątpliwości - jak to kobieta, do końca niezdecydowana. 


6. Szczotka do modelowania włosów Olivia Garden. - To mój zakupowy must have od momentu wizyty u fryzjera w salone Trendy w Krakowie. Miałam tą wielką przyjemność skorzystać z bardzo fajnego vouchera na wybrany zabieg fryzjerski, który wygrałam na blogu u Kascysko. Nie chciałam ścinać włosów, końcówki regularnie podcinam w domu używając nożyczek fryzjerskich, dlatego też zdecydowałam się na zabieg pielęgnacyjny. Było rewelacyjnie, pierwszy raz moje włosy miały możliwość  skorzystania z profesjonalnej, fryzjerskiej sauny. Po całym zabiegu fryzjer idealnie wyprostował moje włosy przy użyciu suszarki i tej oto modelującej szczotki do włosów. Naprawdę byłam zdumiona, że tak świetny efekt gładkich, idealnie prostych włosów można uzyskać przy użyciu szczotki, a nie jak to zwykle  bywa prostownicy. Od fryzjera dostałam numer tego egzemplarza i w przyszłości na pewno zakupię to małe cudo :). 

7. Olej z ze słodkich migdałów - jako że oleje są nieodzowną częścią pielęgnacji moich włosów, postanowiłam wypróbować czegoś nowego i padło na olej z pestek dyni. Żałuję, że nie kupiłam go ostatnio w Super-Pharm, bo widziałam, że był na promocji. 



8. Olej z pestek dyni - tak samo  jak w przypadku oleju ze słodkich migdałów - nigdy go nie miałam i chciałabym wypróbować. Zdaje sobie sprawę, że nie każdy olej podejdzie moim włosom, ale nie ma lepszej i skuteczniejszej metody jak ta "prób i błędów". Wiadomo, dla jednej osoby może być świetny i super się sprawdzi, dla drugiej może być totalnym niewypałem. Nie przekonam się dopóki sama nie spróbuję ;). 

9. Mythic oil odżywczy olejek do włosów - coś, co mam nadzieję świetnie sprawdziłoby się na moich końcówkach. Olejek ma znakomity skład, wiele pozytywnych opini i same rekomendację. Cena jest trochę wysoka, ale z drugiej strony taka buteleczka wystarczyła by spokojnie na pół roku używania, a nawet więcej. Przez długi okres czasu (ponad rok) stosowałam jedwab z Green Pharmacy. Jest fajny, ale kolejna buteleczka okazuje się być nieszczelna. Już nieraz doświadczyłam zalanej kosmetyczki podczas podróży, co nikomu nie polecam, zwłaszcza gdy w grę wchodzą upaprane ciuchy. Do kupna tego olejku przemawia do mnie skład, mam nadzieję, że się sprawdzi. 

10. Henna Khadi - chodzi za mną ostatni miesiąc jak piernik! W głowie ciągle kłębią się pytania "farbować, czy nie farbować?". Coraz więcej przemawia za tym, że zafarbuję, choć z drugiej strony mi szkoda. Wiadomo, proces powrotu do naturalnego koloru trwa długo, a jakby mi się odwidziało, to już tak szybko nie będę mogła zmienić zdania. Nie martwię się tym, że farba zniszczyłaby mi włosy, mamy tutaj ziołowy skład i pielęgnacyjne składniki, ale gdy pojawi się odrost trzeba będzie już farbować cały czas. Ciągle rozważam "za" i "przeciw", choć na razie więcej tych za. 


Dziewczyny, a jakie są Wasze zakupowe plany na 2015 rok? Może wpadło Wam coś w oko z mojej listy? :)  


Zapominalskim przypominam o trwającym konkursie na  blogu [KLIK] :). 





Kosmetyki zamiast słodyczy? Moje styczniowe, "kosłodyczne" poczynania :).

Jest post ze świeżynkami :) Sama jestem ich ciekawa, bo goszczą u mnie po raz pierwszy i mam nadzieję, że i Wam coś wpadnie w oko. Niektóre produkty oczywiście już poszły w ruch, wiadomo, że nie wytrzymałabym długo z jeszcze "zafoliowanymi" produktami. Babska ciekawość górą ;). Dzisiaj będzie krótko, szybko, przyjemnie i tanio, zapraszam! :) 






Wszystkie produkty to łupy z promocji i szalonych wyprzedaży w sklepach. Można powiedzieć, że rozsądnie podeszłam do tego zakupowego szału, bo wyhaczyłam naprawdę tanie produkty, ceny wahają się w granicach 4-14zł. Nie jest do duży wydatek, dlatego marudzić też nie można :). W 2015 roku zrezygnowałam z jedzenia słodyczy, a więc teraz kupuję słodkości w innej postaci :). 







Pierwszą nowością, jaka zagościła na mojej półce jest maska intensywna odbudowa z Ziaji. Po serii z Liśćmi Manuka jakoś tak bardziej zaczęłam wierzyć w skuteczność produktów tej marki. ( pasta peelingująca przeciw zaskórnikom jest dla mnie hitem, bardzo ją sobie chwalę i często stosuję). Jak na razie maski używałam tylko raz, wyłapałam piękny zapach no i brak puszenia się włosów (dla mnie to dobry znak). Czy będzie z tego romans? Przekonam się wkrótce. Koszt maski to ok. 6zł, w przeliczeniu: zamiast dwóch tabliczek czekolady ;).











Już od dawna kręciłam się obok Yves Rocher i korciło mnie, żeby wstąpić - tylko pooglądać. Tak, no jasne, musiałam coś kupić, ale tanio! :). O płukance octowej z malin słyszałam już bardzo dawno i jakoś tak mi się ciągle przewijała przed nosem. Przychodząc do sklepu i buszując w dziale kosmetyków do włosów Pani powiedziała mi, że mają na promocji płukankę, koszt 14zł (w przeliczeniu jedna bombonierka czekoladek). Były ostatnie sztuki, ekspedientka powiedziała, że znikają w błyskawicznym tempie, więc się skusiłam. Producent obiecuje przede wszystkim lśniące i gładkie włosy - czy tak będzie? Przy najbliższej okazji planuje to sprawdzić, ale coś czuję, że będę musiała ją przelać do pojemnika z atomizerem - przy takim opakowaniu wyleję przy jednym użyciu pół produktu :). 



O tym smarowidle pisałam Wam już na Instagramie. Jest to krem ochronny przed wiatrem i zimnem dla dzieci i niemowląt. Lubię serie kosmetyków dla dzieci za przyjazne składy. Tutaj mamy w nim m.in olej z awokado czy ekstrakt z rumianku. U mnie kremik spisuje się świetnie, ale osoby, które nie lubią mieć tzw. tłustych rąk (jak np. mój chłopak, któremu krem w ogóle nie podszedł) nie będą pałać do niego miłością. No cóż, wszystkim się nie dogodzi ;). Koszt kremu: 4zł. (Dwa batoniki). 




Ostatni produkt, jaki wpadł mi do koszyka to kakaowe mleczko do ciała z Ziaji. Na początku obawiałam się, że będzie zbyt mało treściwe jak na zimową porę, ale kosmetyk na razie spisuje się całkiem całkiem. Jedyny minus to parafina w składzie. Nie przeszkadza mi ona tak bardzo jeśli chodzi o kosmetyki do ciała, jeśli by to był krem do twarzy - niestety został by na starcie zdyskwalifikowany. Poza tym, mleczko fajnie nawilża, przepięknie pachnie i pozostawia fajną powłoczkę na ciele. Na razie nie mam do niego większych zastrzeżeń, na razie smarowałam się tylko na noc. Koszt: 9,90 zł. (pudełko dobrych ciastek/wafelków).

To tyle jeśli chodzi o moje kosmetyczne nowości. 
Teraz pytanie do Was, czy znacie te produkty i lubicie :) 
Czekam na Wasze komentarze :). 
A może też zrezygnujecie z jedzenia słodyczy? ;). 



Najlepsze odkrycia kosmetyczne w 2014 roku :).

Rok 2014 mamy już za sobą - jak dla mnie był mega pozytywny i zaskakujący. Wprowadził wiele fajnych i ciekawych zmian, wywołał niejeden uśmiech na twarzy i dał nowe szanse. Ładnie go pożegnałam i dzisiaj przyszedł czas na podsumowanie mojej pielęgnacji kosmetycznej oraz wytypowanie największych odkryć minionego roku - jesteście ciekawi, jakie hiciory zagościły w mojej kosmetyczce? :) Zapraszam dalej :). 




1. Podkład mineralny z kolorówki - Tak, zdecydowanie największe odkrycie w 2014 i wielki krok w stronę naturalnej pielęgnacji twarzy. Można powiedzieć, że to od niego rozpoczęła się moja przygoda z naturalnymi kosmetykami, wgłębianie się w tematykę składów, ich dokładna analiza i znaczenie. Podkład towarzyszy mi do dnia dzisiejszego, mój zachwyt nie maleje a wręcz rośnie, kosmetyk jest naprawdę strzałem w dziesiątkę. Na początku było wiele wątpliwości, wahania i niedowierzania, a teraz czuje tylko czystą satysfakcję z jego kupna. Poza tym, podkład stał się tak popularny, że kręciłam go nawet dla dwóch koleżanek - obie były zadowolone :). Mega frajda robić własne kosmetyki, polecam każdemu doświadczyć takiego zajęcia ;). Więcej na temat podkładu możecie poczytać Tutaj.


2. Effaclar duo plus - ile mu zawdzięczam... Pomógł mi wyjść ze "skórnych tarapatów" i jak dla mnie to małe wielkie cudo :). W 2014 roku mogę powiedzieć, że moja skóra przeżywała apogeum rozpaczy - wypryski, rozszerzone, ogromne i czarne zaskórniki oraz obficie przetłuszczająca się skóra. Naprawdę nie wiem dlaczego tak się stało, do tej pory nie miałam do czynienia z tego typu przypadłością. Moje obawy i podejrzenia skierowałam na używanie szczoteczki z Biedronki. Sztuczne włosie, które bardzo inwazyjnie traktowało moją skórę, brak nawilżania, ciągłe przesuszenie - to wszystko doprowadziło do opłakanego stanu mojej cery. Na horyzoncie pojawił się ten oto wynalazek - początkowo nie wierzyłam, że może mi pomóc w tak znacznym stopniu. Po ok. miesiącu stosowania skóra była nie do poznania - piękna, gładka, bez niedoskonałości i widocznych porów. Stan utrzymuje się po dzień dzisiejszy, a ja jestem naprawdę zachwycona wręcz zbawczym działaniem tego specyfiku. Uratował moją skórę, nad którą momentami aż płakałam. Wielki plus i order zasługi dla tego kremu ode mnie! :). Więcej o kremie Tutaj.


3. Paletka cieni Makeup Revolution Flawless - Myśląc o tej palecie przypomina mi się moje "pierwsze spotkanie" z tą marką i tym produktem. Znakomita jakość, super pigmentacja i trwałość to cechy, którymi mogłabym określić ten kosmetyk. Jedyny minus jest taki, że zawsze mam problem, które cienie wybrać ( jest ich naprawdę sporo! ), a cierpi na tym mój mężczyzna, który musi znosić moje kapryszenie i dylematy ;). Paletka MUR jest godna polecenia dla Wszystkich dziewczyn, znakomicie nadaje się dla każdej kosmeciary, nawet tej początkującej i rozpoczynającej makijażową przygodę. Więcej o paletce możecie poczytać Tutaj. 



4. Foreo Luna Mini - zdecydowanie był to ogromny hit blogosfery w 2014 roku. Na początku również wzdychałam do tego cudeńka, przyklejając nos do ekranu komputera. Pewnego dnia los uśmiechnął się również do mnie i Luna zawitała w mojej łazience. Dzisiaj jesteśmy nierozłącznymi kumpelami, Luna również przyczyniła się do znacznej poprawy stanu mojej cery. Mogę powiedzieć, że "trzyma ją w ryzach" i jest stróżem czystości jeśli chodzi o twarz. Nie rozstajemy się na krok ;). Więcej informacji o Lunie Tutaj.





5. Wellness&Beauty peeling do ciała z olejkami - Na początku wydawał się być typowym, zwykłym peelingiem do ciała - do czasu pierwszego użycia. Rozkochał mnie w sobie totalnie, a to za sprawą tych cudownych olejków, które w świetny sposób potrafią nawilżyć moją skórę po kąpieli. Nie dość, że fajny drapak, to i super nawilżacz. Dla mnie definicja idealnego, domowego SPA, odpręży, zrelaksuje i wygładzi skórę po ciężkim dniu. Więcej o peelingu Tutaj.













Dziewczyny, czy któryś z moich ulubieńców jest również i Waszym? :). 
Pochwalcie się swoimi odkryciami 2014 roku, też jestem ciekawa! :). 



Krem brzozowy z betuliną Sylveco - idealnie nawilży zmarzniętą twarz.

Tej zimy rozpoczęłam poszukiwanie idealnego tłuściocha dla mojej skóry na noc. W tym okresie cera jak zwykle boryka się z wysuszeniem, czy to przez ogrzewanie, czy przez zimny, mroźny wiatr. Kierowałam się przede wszystkim dobrym składem, bo on tu jest najważniejszy. Chciałam, żeby był naturalny i wykazywał szerokie spektrum działania. No i mam! :). Dzisiaj śpieszę do Was, by podzielić się z Wami tą nowinką kosmetyczną. 





Woda, olej sojowy, olej jojoba, olej z pestek winogron, wosk pszczeli niebielony, betulina, stearynian sodu, kwas cytrynowy - cały skład produktu. Minimalizm, który zaczęłam naprawdę doceniać. Krem nie zawiera konserwantów, co sprawia, że w naturalny sposób odbudowuje warstwę ochronną skóry, odżywia ją i przywraca równowagę. Koi podrażnioną skórę, wzmacnia jej naturalną barierę ochronną. Polecany jest do skóry wrażliwej, przesuszonej, wymagającej regeneracji.



Po ok. 3 tygodniach stosowania kremu widzę znaczną poprawę w nawilżeniu mojej skóry. Poranek zawsze wita mnie piękną, niesamowicie gładką i nawilżoną skórą. To już definitywny koniec z suchymi skórkami, z którymi rozprawił się ten oto bohater i wiem, że tak szybko nie powrócą :). 



Betulina zawarta w kremie przyspiesza procesy regeneracji, zmniejsza objawy świądu, łagodzi podrażnienia i zaczerwienienia oraz stymuluje komórki skóry do syntezy kolagenu i elastyny. Oleje:  sojowy, z winogron i jojoba doskonale nawilżają oraz natłuszczają suchą i popękaną skórę, odbudowują naturalną warstwę ochronną poprawiając jej jędrność oraz są naturalnymi źródłami witaminy E, będącej antyutleniaczem. Wosk pszczeli sprawia, że naskórek jest wygładzony i nie złuszcza się. 



Krem idealnie rozsmarowuje się na twarzy, pozostawiając warstwę, która intensywnie "pracuje" na naszej skórze. Koi podrażnienia, zmniejsza zaczerwienienia, natłuszcza i odżywia skórę, odbudowuje jej warstwę hydrolipidową, zabezpiecza skórę przed niekorzystnymi czynnikami takimi jak wiatr, mróz, słońce, suche powietrze, chroni przed utratą wilgoci, zapobiega łuszczeniu się skóry, a stosowany systematycznie poprawia kondycję skóry, wygładza ją i wyrównuje koloryt cery. 



Krem jest hypoalergiczny, dlatego też idealnie nadaje się dla skóry wrażliwej, skłonnej do alergii. Nie powoduje żadnych podrażnień, jest bardzo delikatny dla skóry i przede wszystkim nie zapychający. Mimo tego, że konsystencja jest tłusta, jak do tej pory nie zauważyłam, aby krem był komedogenny. Brak jakichkolwiek chemicznych substancji, polepszaczy czy wspomnianych wyżej konserwantów - to się naprawdę ceni. 


Krem polecam wszystkim osobom, które mają problem z przesuszoną skórą, zwłaszcza w okresie zimowym. Systematyczne smarowanie twarzy tym kremem na pewno daje oczekiwane rezultaty oraz radość z delikatnej i nawilżonej skóry :). 


Jakie kremy stosujecie na noc? :)



Najlepszy! Regenerujący krem do rąk Sylveco.

Witajcie Kochani :)

Mam nadzieję, że wypoczęliście solidnie podczas świąt. Bardzo ciężko jest przejść z takiego słodkiego leniuchowania do naszej codzienności, dlatego też pozytywnie nastawienie do naszych codziennych obowiązków to podstawa :). Mój powrót rozpoczął się miłym akcentem, ponieważ  ponownie przychodzę tu do Was i dzisiaj przygotowałam mini prezentację kremu do rąk, który mnie w sobie totalnie rozkochał! :). Nie zamienię, nie oddam, nie pożyczę, nie odłożę w kąt - po prostu mój stały towarzysz torebkowy i półkowy :). 



W zimie moja skóra rąk nie może obejść się bez kremu. Przed każdym wyjściem na zewnątrz muszę ubierać moje dłonie w rękawiczki oraz ochronną warstwę kremu. Skóra sama się nie wyręczy, dlatego trzeba jej pomóc w ochronie przed mrozem, wiatrem czy innymi, złymi warunkami pogodowymi. Stosowałam wiele kremów, poszukiwałam tego idealnego, aż w końcu znalazłam. Nie mówię, że jest to pierwszy i ostatni, być może pojawi się kiedyś w przyszłości jego godny następca. Tymczasem regenerujący krem do rąk Sylveco na dzień dzisiejszy jest moim KWC :). 



Regenerujący krem do rąk Sylveco, jak cała gama kosmetyków tej marki swą formułę opiera na naturalnym składzie i przeznaczony jest do codziennej pielęgnacji suchej i zniszczonej skóry. W skład produktu wchodzą m.in ekstrakt z rumianku, brzozy oraz aloesu, które wykazują działanie ochronne, łagodzące i przyspieszające naturalną odnowę. Krem optymalnie odżywia i uelastycznia, przynosi natychmiastową ulgę łagodząc zaczerwienienia i podrażnienia, intensywnie nawilża spierzchnięte dłonie, regeneruję popękaną i suchą skórę, doskonale chroni przed szkodliwymi czynnikami wzmacniając naturalną barierę ochronną skóry oraz szybko się wchłania, nie pozostawiając uczucia lepkości. 


Krem można zastosować również jako kurację regenerującą na noc. Wystarczy nałożyć grubą warstwę produktu, delikatnie wmasować i nałożyć bawełniane rękawiczki. Takie zastosowanie pozwala na dłuższe i efektywniejsze działanie składników aktywnych kremu. Regularne stosowanie kremu pobudza skórę do naturalnej odnowy przywracając dłoniom zdrowy wygląd. 





Powiem Wam, że do tej pory Sylveco nigdy mnie nie rozczarowało, ich kosmetykom nie można nic zarzucić, choćby człowiek chciał ;). Krem spisuje się świetnie, doskonale nawilża moją skórę, nie dopuszcza do przesuszenia dłoni i sprawia, że są one bardzo mięciutkie w dotyku. W przeciwieństwie do innych kremów nie działa tylko wtedy, gdy go nałożę. Czuje, że po prostu moja skóra od momentu rozpoczęcia jego stosowania zmieniła się na lepsze. Brakowało mi takiego treściwego kosmetyku do rąk, zwłaszcza w okresie jesienno-zimowym, gdy nasza skóra domaga się nawilżenia i ochrony. Krem spełnia swoje zadanie jak żaden do tej pory :).  





Czy wy też macie wrażenie, że, zwykłe kremy "działają" tylko wtedy, gdy nasmarujemy nim dłonie, a jak np. umyjemy ręce to cały czar pryska? W tym przypadku na szczęście tak nie jest, bo od pierwszego dnia stosowania kremu do rąk Sylveco widzę ogromną poprawę kondycji mojej skóry. Nie jest to chwilowy efekt, skóra jest stale pielęgnowana przez naturalne składniki, a nałożona warstwa kremu wchłania się w całej postaci. Krem nie pozostawia tzw tłuściocha na rękach, który "tkwi" na skórze i tak naprawdę nic nie robi, a tylko stwarza mylne pozory działania. Tutaj jest całkiem odwrotnie, bo dłonie czują się zdecydowanie dopieszczone i wypielęgnowane. Krem stał się stałym bywalcem w mojej torebce, na pewno nigdzie się stamtąd już nie ruszy :). 
















Jeżeli miałabym Wam podać przepis na piękne, gładkie, nawilżone dłonie to z całego serca polecam ten kremik. Dłonie to wizytówka każdej kobiety, nie zapominajmy o nich :). 

A Wy dziewczyny, czym smarujecie dłonie? :) 







Jak wykonać SPA w domowym zaciszu? Wystarczy tak niewiele... :)

Kochani, jak Wam idą przygotowania do świąt? U mnie ruszyło wszystko pełną parą, rozpoczynam tworzenie własnoręcznych stroików, ozdób i choineczek. Uwielbiam ten przedświąteczny klimat, majstrowanie, ubieranie, tworzenie i ... wąchanie :). Tak, zdecydowanie istotnym akcentem świąt są zapachy: od mandarynek, pomarańczy, goździki, po świąteczne dania :). Pewnie jak większość kobiet w tym okresie jesteście zabiegane, zapracowane i nie macie czasu dla siebie, a co dopiero na porządną pielęgnację. Mam dla Was kosmetyk, który świetnie sprawdzi się podczas takiego ferworu prac. Wypeelinguje, odżywi, nawilży, wygładzi, odpręży - a to wszystko podczas kąpieli. Jesteście ciekawe, co to takiego? :)




To nic innego jak peeling z olejkiem migdałowym i masłem shea. Szybko się zorientowałam, ze to żaden tam "przeciętniak". Dodając jego zdjęcie na Instagramie jedna z dziewczyn napisała, że to namiastka SPA w domu. Nie pomyliła się, a ja szybko zdałam sobie sprawę, że miała rację :).



Jeśli potrzebujesz odrobiny relaksu po ciężkim, męczącym dniu, a Twoja skóra jest bardzo sucha i woła o nawilżenie - to cudo zostało wykonane z myślą o tych potrzebach. Podaruj Swojej skórze chwilę rozpieszczenia, niech poczuje odrobinę luksusu w domowym zaciszu. Połóż się wygodnie w wannie z gorącą wodą, wmasuj peeling i delektuj się przyjemnym masażem wśród słodkiego zapachu migdałów. Pobudź krążenie i nadaj sprężystości twojej skórze, która stanie się delikatna, gładka i przyjemnie nawilżona. Wszystkie te cudowności znajdziesz w tym małym, aczkolwiek bardzo eleganckim i jakże wydajnym słoiczku z gustownym wnętrzem. Gotowa na kąpiel wrażeń? :). 



Święta to czas prezentów, ale również wielu obowiązków, porządków, gotowania i pieczenia. Nie ukrywajmy, nie mamy zbyt wiele czasu na ponadprogramową pielęgnację skóry, a odrobina relaksu po ciężkim, męczącym dniu jest na wagę złota. Taki kosmetyk to skarb w naszej łazience, lekarstwo na wszystkie utrapienia, a nawet smutki. A co do prezentów - to świetny pomysł na prezent od siebie, dla siebie. W ferworze świątecznych wydatków i przeliczania te 13 zł za tę chwilę odprężenia ( a nawet większą odrobinę, bo relaks nie jest zarezerwowany na jedną kąpiel, bo co najmniej na kilkanaście) nie jest wielkim kosztem. Cena za pójście do prawdziwego SPA jest o wiele wyższa :). 



Której z Nas nie raz zdarzyło się wyjść po kąpieli bez nasmarowania ciała balsamem? Przyznam, że mi się zdarza to często. Rzadko o tym pamiętam, skóra jakoś bardzo nie protestuje, nie domaga się i po prostu perfidnie to lekceważę. Peeling o którym mowa jest wersją idealną dla takiego leniuszka jak ja, a wiecie czemu? :) 


Wszystko dzięki zawartemu w nim olejkowi migdałowemu i masłu shea. Wychodząc spod prysznica czy też wanny nie musicie już serwować skórze dawki nawilżenia - zrobił to za Was ten oto cudowny peeling. Takie 2w1, świetna opcja, prawda? Po cichu muszę  Wam się przyznać, że często z niego korzystam, bo ta metoda jest dla mnie niezwykle wygodna, z drugiej strony coraz bardziej rozleniwia ... :). 





To co dziewczyny, skusiłam Was choć odrobinkę? A może już dawno to małe cudo rozgościło się na Waszych łazienkowych półkach? 


Pozdrawiam i życzę Wam udanych przygotowań do świąt! 

Śnieżunia. 



Babydream: dla mamy, dzidziusia, a może pięknych włosów i gładkiej skóry? Porównanie dwóch rossmannowych olejków.

Każda włosomaniaczka olejująca włosy zna olejek Babydream fur mama. Jego sława zalała niemalże cały "blogowo-kosmetyczny" Internet i wcale mnie to nie dziwi, bo olejek jest świetny i sama od początku swojej włosowej przygody go stosuję. Nie zamierzam go dziś wychwalać i wymieniać jego zalet - myślę, że wszystko zostało powiedziane w tej kwestii :). Dzisiejszy wpis będzie porównaniem słynnego olejku z oliwką dla niemowląt tej samej firmy. Ostatnio wrzuciłam ją do koszyka tylko dlatego, że skusiła mnie niska cena (5zł), BBFM kosztuje ok.13 zł. Zastanowiło mnie, czym tak naprawde się różnią oprócz ceny? 





To pytanie przewijało się w mojej głowie niejednokrotnie, zwłaszcza gdy wchodziłam do rossmanna i trzymałam w ręce te dwa olejki. Jeden zazwyczaj jest o połowę ceny niższy niż drugi. Pewnego dnia nie wytrzymałam, włożyłam do koszyka obydwa produkty i postanowiłam w domu zrobić dokładny research na ich temat. Dzisiaj chciałabym się z Wami podzielić tym, co udało mi się wyszukać i wywnioskować po mojej pielęgnacji, bo może i któraś z Was niejednokrotnie spotkała się z takim dylematem? :). 



Skład olejku Babydream fur Mama, Pflegeöl:
Glycine Soja (Soybean) Oil, Prunus Amygdalus (Sweet Almond) Oil, Helianthus Annuus (Sunflower) Seed Oil/unsaponifiables, Simmondsia Chinensis Seed Oil, Macadamia Ternifolia Seed Oil, Tocopherol, Parfum.

Skład Babydream, Pflegeol (Oliwka pielęgnacyjna dla niemowląt):
Helianthus Annuus Seed Oil, Cetearyl Isononanoate, Prunus Amygdalus Dulcis Oil, Simmondsia Chinensis Oil, Caprylic/Capric Triglycerine, Chamomilla Recutica Flower Extract, Bisabolol, Calendula Officinalis Flower Extract, Tcopheryl Acetate, Tocopherol, Hydrogenated Palm Glycerides Citrate, Parfum.



Idąc po kolei w składzie olejku Babydream fur mama znajdziemy: olej sojowy, olej ze słodkich migdałów, olej z nasion słonecznika, olej jojoba, olej z nasion macadamia, witaminę E oraz zapach. 

W oliwce dla dzieci znajdziemy następująco: olej słonecznikowy, emolient, olej ze słodkich migdałów, olej jojoba, emolient, ekstrakt z rumianku, bisabobol, czyli składkich antyseptyczny o działaniu łagodzącym, ekstrakt z nagietka, przeciwutleniacz, witamina E, kwas tłuszczowy z oleju palmowego.





Jak sami widzicie, pierwszy olejek składa się wyłącznie z kompozycji różnorodnych, drogocennych olejków. Nie mamy tutaj barwników, konserwantów, żadnych zbędnych składników. Olejek numer dwa również wykazuje bogactwo olejków, ale tutaj dodatkowo występują takie substancje jak emolienty czy kwas tłuszczowy. Skład jest nieco dłuższy, a gołym okiem można dostrzec, że tych olejków jest troszeczkę mniej niż w pierwszym produkcie. Z drugiej strony trzeba mieć też na uwadze, że składniki w obu produktach się powtarzają :). Dodatkowo plusem jest to, że oleje można znaleźć na samym początku składu (czyli jest ich najwięcej w produkcie), dopiero później występują dodatkowe substancje.



Czy zauważyłam różnicę po stosowaniu dwóch olejków? :) Nie, po użyciu każdego włosy są należycie nawilżone i odżywione. Jeden jak i drugi świetnie się  spisują na moich włosach, dlatego też goszczą na mojej półce już od dawna. Cenię je za składy, które opierają się na bogactwie różnorodności - nie jest nudno i monotonnie ;). Dla mnie są sprawdzone i skuteczne - nie lubię eksperymentować jeśli chodzi o włosy, bo z doświadczenia wiem, że różnie się to kończy - niekoniecznie dobrze ;). 
Jeśli chodzi o stosowanie powyższych olejków do ciała to w tej kwestii niestety nie mogę się wypowiedzieć - nigdy nie stosowałam tych produktów do ciała :). Moimi ulubieńcami w tej dziedzinie są oleje wellness&beauty. 



Wniosek jest taki, że olejek BBFM jest nieco lepszy pod względem składu niż  jego brat. Ujęłabym to tak, że ten pierwszy to olej w czystej postaci, natomiast drugi produkt to mieszanka gdzie do olejków dodano jeszcze emolienty/kwas tłuszczowy. Oczywiście nie mówię, że te składniki są złe, wręcz przeciwnie, ale jeśli ktoś potrzebuje "bogatszej" wersji to poleciłabym BDFM. Z kolei zaletą drugiego jest niska cena, bo kosztuje tylko 5 zł :). Nazywam go "wersją kryzysową", gdy wydam wszystkie pieniądze i zostaną mi drobne to zawsze na ten olejek wystarczy. Obie wersje są jak najbardziej w porządku, jedna bardziej bogatsza, ale drugiej niczego też nie brakuje ;). Polecam Wam wypróbowanie obu produktów.



Dziewczyny, stosujecie te olejki? :) Czekam na Wasze opinie :). 


Śnieżunia.



10 tanich produktów, które zatroszczą się o Twoją skórę zimą.

Zrobiło się bardzo mroźnie, za oknem maluje się przepiękna szadź pokrywająca lasy. W takie dni należałoby pamiętać, że pielęgnacja naszej skóry jest bardziej wymagająca, potrzebuje więcej nawilżenia i ciepła. Dzisiaj przygotowałam dla Was zestaw tanich i łatwo dostępnych produktów, które powinny się znaleźć w zimowej kosmetyczce i nie tylko :). Zapraszam do dalszej lektury. 



1. Alterra Olejek do masażu migdały i papaja. (17,99zł). O olejku pisałam  w poście dotyczącym pielęgnacji dłoni [klik]. Ma świetny skład, dobrze się wchłania i pozostawia długo nawilżoną skórę. Idealnie nadaje się do rozgrzewających masaży, np.rąk, które uprzednio wystawione były na mroźne powietrze. 

2. Wellness&Beauty Peeling z olejkiem migdałowym i masłem shea (12,99zł). Jestem nim totalnie oczarowana! Nie spodziewałam się, że to będzie taki hicior, o tym peelingu na pewno będzie osobny wpis :). Pamiętajmy, że w zimie nasza skóra często ulega wysuszeniu, dlatego powinniśmy sięgać po peelingi, które usuną martwy naskórek i dodatkowo wygładzą nasze ciało. Dodatkową i ogromną zaletą tego produktu są zawarte w składzie olejki, które sprawiają, że nasze ciało po kąpieli nie potrzebuje już dodatkowej porcji olejków - skóra zostaje nasmarowana podczas nałożenia peelingu :), (śmieję się, że to wersja dla leniwych!). Ponadto za pomocą tego cuda możemy wykonać relaksacyjny i pobudzający krążenie masaż. SPA w domu? Jak najbardziej możliwe ;). 

3. Wellness&Beauty Olejek do kąpieli sezamowy (ok.6zł). Zakupiłam go na promocji, a że nie mam wanny, raczę się tym cudem w inny sposób :). Ze względu na świetny skład, produkt nie tylko nadaje się do kąpieli, ale również jako kosmetyk do ciała jak i włosów. Rossmann zdecydowanie jest prowadierem jeśli chodzi o olejki na mojej półce :). 



4. Wellness&Beauty peeling do ciała wanilia i makadamia (ok.4 zł). Kolejny z moich kultowych peelingów do ciała, jego zapach jest zniewalający. Nie wiem czy jest jeszcze dostępny w Rossmannie, zakupiłam go wieki temu i ostatnio odkopałam :). Cudownie peelinguje ciało, a do tego rewelacyjnie pachnie, kąpiel od razu staje się przyjemniejsza. 

5. Rokitnikowa pomadka ochronna Sylveco (ok.7 zł). Jak do tej pory najlepsza z pomadek ochronnym jakie miałam. Idealnie nawilża, pielęgnuje, chroni i żadnego mrozu do ust nie dopuści! :). Pierwszy raz w tym sezonie nie zmagam się z suchymi skórkami - to za jej sprawą ;). 

6. Farmona Protect ochronny krem do rąk (ok. 8zł). W tym sezonie jeszcze nie dorwałam tego kremu, ale jak go spotkam w Super-Pharmie to od raz wyląduje w koszyku. Używałam go namiętnie zeszłej zimy i pamiętam, że spisał się na medal. 

7. Fuss Wohl krem do stóp z łoju jelenia. (6zł). Oprócz tego, że świetnie sprawdza się na piętach, ja używam go również jako zwykłego kremu do rąk. Pozostawia aksamitną warstwę na skórze, która zapewnia nawilżenie i wygładzenie. Lubię takie "treściwe" kremy, w przeciwieństwie do innych jest gęsty, a konsystencja wręcz "zbita". Do wodnistych nie należy, także w zimie śmiało można po niego sięgać ;). 



8. Ciepły szal, czapka i rękawiczki. No właśnie, przyznać się bez bicia kto nie chodzi? ;). Bez tego zestawu nie wyobrażam sobie zimy, zwłaszcza jeśli w powietrzu czuć mroźny wiatr. Jedyny minus jest taki, że ciągle gubię rękawiczki, nie wspomnę, ile zacnych par przepadło jak kamień w wodę. Jedyne jakie się uchowany to te, które mają "wbudowany" sznureczek ;). 

9. Flos Lek Winter Care, krem ochronny zimowy (ok. 13zł). W zimie zmieniamy lekkie kremiki do twarzy na te bardziej tłuste, intensywnie nawilżające i chroniące przed mrozem. Moja propozycja to krem z Flos Leku, który przeznaczony jest do każdego rodzaju cery. Tworzy niewidoczną warstwę ochronną na twarzy, zapewniając się ochronę przed wiatrem, wilgocią, mroźnym wiatrem i minusowymi temperaturami. 

10. Duuużo miłości :). Tak tak, to ona jest lekarstwem na całe zło i zimno. Pamiętajmy o naszych bliskich, kochających nas osobach. Przytulajmy się jak najczęściej, endorfiny w tak ponure i krótkie dni to największe lekarstwo na wszystkie smutki! :) 


Coś Wam wpadło w oko z tego zestawu? :) A może któraś z pozycji już u Was gości? 

Pozdrawiam,
Ada. 

Po co w ogóle nakładać krem pod oczy? + mój ulubiony i niezastąpiony :).

Cześć Kochani! Przesyłam Wam ogrooomną dawkę pozytywnej energii jaka zawitała u mnie przy środzie. Ostatnio doszłam do wniosku, że fajnie by było stworzyć tu dla Was swoistego rodzaju poradnik dotyczący wielu spraw. Nie jest to żadna nowość, ponieważ porady przewijają się praktycznie w każdym poście, ale chciałabym poruszać ważne wątki, które dotyczą całościowej pielęgnacji. Zatem w ramach rozgrzewki dzisiaj pada pytanie: Dlaczego i po co nakładać krem pod oczy? :) Zapraszam, lektura czeka na Was.



No właśnie, dlaczego? Szczerze Wam się przyznam, że od niedawna stosuję krem pod oczy, ponieważ do tej pory nie uważałam, aby zakup kolejnego kremu i smarowanie się kilkoma naraz było nieodzowne. Wystarczyło, że nakładałam zwykły krem do twarzy w okolicach oczu. Sytuacja się zmieniła odkąd zdałam sobie sprawę, jak ważna i istotna w pielęgnowaniu jest skóra wokół oczu. Z perspektywy czasu żałuję, że nie smarowałam jej od zawsze, teraz niestety tego nie nadrobię :).




Skóra wokół oczu jest niesamowicie delikatna i cieniutka, a co za tym idzie - bardzo podatna na wszelkiego rodzaju podrażnienia. To właśnie ta partia naszej twarzy jest najbardziej narażona na działanie szkodliwych czynników zewnętrznych jak np. zanieczyszczone środowisko czy promieniowanie słoneczne. Dodatkowo, ogromny wpływ ma również tryb życia. Chyba zdajesz sobie sprawę jak wygląda Twoja skóra pod oczami po nieprzespanych nocach, czy spędzeniu kilku godzin przed komputerem. Zastanawiałaś się kiedykolwiek czy w takich okolicznościach w jakiś sposób jej pomagasz, odpowiednio ją "odżywiasz"? Na domiar złego to właśnie ona najszybciej narażona jest na powstawanie zmarszczek.
I w tym cały jest ambaras, bo przecież każda z nas chce opóźnić pojawienie się pierwszych "pajączków". Co zrobić w takiej sytuacji? Pierwszym krokiem w podjęciu tej pielęgnacji jest dobry krem pod oczy :). 



Jaki? Który będzie dla mnie odpowiedni? Mam dla Was propozycję kremu, który sama również stosuję i jestem z niego bardzo zadowolona. Mowa o łagodzącym kremie pod oczy marki Sylveco. Chroni delikatną skórę, zmniejsza cienie, poprawia sprężystość, a do tego jest hipoalergiczny. Wraz z lekkim brzozowym kremem do twarzy, o którym już pisałam [klik] tworzą nieprzeciętny duet. No i najważniejsza rzecz - naturalny skład. A co w nim takiego piszczy? :)





W  składnikach aktywnych znajdziemy m.in:

- Ekstrakt z chabru bławatka 
- Ekstrakt ze świetlika łąkowego
- Ekstrakt z kory  brzozy (betulina) 
- Masło Shea (karite)
- Olej arganowy
- Skwalan - jest naturalnym składnikiem warstwy ochronnej skóry (sebum), dzięki temu zapewnia jej odpowiednie nawodnienie, zwiększa szybkość wnikania substancji aktywnych do głębszych warstw tkanki skórnej.
- Olej sojowy 
- Olej z pestek winogron 
- Witamina E 




Kremik pozostawia delikatną i kremową warstwę na skórze, która zapewnia wręcz "całodobową" opiekę skóry. Tak jak jego brzozowy brat, krem pod oczy szybciutko się wchłania i nie pozostawia błyszczącego, tłustego filmu na skórze. Dzięki dozownikowi możemy szybko i wygodnie zaaplikować odpowiednią dawkę. Jedna pompka wystarczy aby zatroszczyć się o pielęgnacje naszych okolic oczu :). Po ok. miesiącu stosowania zauważyłam mniejsze siniaki (niestety u mnie jest to uwarunkowane genetycznie, więc tak do końca się ich nie pozbędę), bardzo gładką, sprężystą, odżywioną i nawilżoną skórę.



 Dodatkowo, me oko niezmiernie cieszy skład kremu. Czytając go mam wrażenie jakbym zbierała zioła na pobliskiej łące. Chaber bławatek, świetlik łąkowy, jest iście naturalnie i łąkowo :). 





Cudowności, po prostu cudowności natury :). Biadole Wam o tym ciągle przez ostatni  czas,  ale jestem tak zauroczona, że po prostu chce choć troszeczkę zarazić Was sympatią do tych dobroci :). Po co wydawać i marnować pieniądze na naszpikowane chemią kremy (które w dodatku są naperfumowane), gdy mamy w zasięgu takie skarby? Do tego cena, która nie powala jakoś z nóg, jest naprawdę przystępna i porównywalna z "drogeryjnymi" mazidłami. Wszystkie moje kosmetyki z Sylveco zakupuję w Aptece z Serduszkiem, która ma rewelacyjne ceny i mogę ją Wam z czystym sumieniem polecić :). Różnica cen to nawet 6-7 zł, można naprawdę zaoszczędzić. Apteka oferuje zakupy przez Internet jak i stacjonarnie, w Krakowie. 

Wniosek, jaki nasuwa mi się na zakończenie jest idealnie oddany przez powiedzenie "Czym skorupka za młodu nasiąknie, tym na starość trąci". W przyszłości ta zdrowa i prawidłowa pielęgnacja zaowocuje u nas pięknymi i zadowalającymi efektami. Chyba już nie masz co do tego wątpliwości? ;). 

Dziewczyny, smarujecie się kremem pod oczy? :)

Całusy! 
Ada. 


Foreo Luna Mini - jak dobrze, że jesteś :).

Kochani,
U mnie za oknem już pierwszy śnieg! :). Bardzo się cieszę, ponieważ coraz bardziej tęskno mi do świąt, a aura tego wydarzenia wisi już w powietrzu. Zaczęło się od mandarynek, które po raz pierwszy zawitały u mnie w zeszły weekend. Ich zapach roznoszący się po domu sprawił, że od razu poczułam święta, bo jakżeby inaczej :). Rozpoczyna się prezentowe szaleństwo, w którym szczerze powiedziawszy nie lubię uczestniczyć. Z drugiej strony - kto nie lubi prezentów? :). Chyba nie ma takich osób, każdy uwielbia być czymś obdarowany. Dzisiaj pokażę Wam swój prezent, który ostatnio zdołałam otrzymać, wiecie o kim mowa? :) 



Foreo Luna Mini. Niezastąpiona, niezwykła, niecodzienna. Zasypię Was jej zdjęciami, ponieważ jest tak piękna, że aż żal by było nie pokusić się o pokazanie jej w pełnej krasie :). 


Pewnie większość z Was wie co to za urządzenie, ale są i tacy, którzy przyglądają się i zastanawiają, co to takiego. Gwoli wyjaśnienia, jest to soniczna szczoteczka do mycia twarzy. Niektórym może się wydawać to wręcz nieprawdopodobne, ale to maleństwo wykonuje aż 8000 pulsacyjnych fal sonicznych na minutę. Robi wrażenie, prawda? :).



Szczoteczka wyposażona jest w silikonowe wypustki, które podczas wysyłanych drgań w bardzo delikatny, lecz dokładny sposób oczyszczają skórę twarzy. Moja luna posiada dwa rodzaje wypustek: mniejsze, przeznaczone do skóry wrażliwej, normalnej oraz te większe, które świetnie spisują się w przypadku skóry tłustej,mieszanej, mocno zanieczyszczonej. Cała szczoteczka pokryta jest silikonem, który jest hipoalergiczny, antybakteryjny i niesamowicie delikatny dla skóry. Nie muszę się obawiać o jakiekolwiek uszkodzenie naskórka. 



Kolejną zaletą silikonowej powierzchni szczoteczki jest łatwe utrzymanie jej w czystości. Po użyciu Luny wystarczy dokładnie ją spłukać wodą, a następnie pozostawić do wyschnięcia. Jest wodoodporna, dlatego też śmiało możemy ją zanurzyć w wodzie, bez obaw o porażenie prądem. Szczoteczka nie wymaga zmian głowicy, tutaj inwestycja jest jednorazowa i nie musimy się obawiać o wymianę lub dokupywanie kolejnych elementów. 



Ręczne mycie twarzy to u mnie przeszłość, Luna w świetny sposób mnie wyręcza, i to z jakim skutkiem! :). O tym, że oczyszcza twarz skuteczniej niż zwykłe, tradycyjne oczyszczanie nie trzeba mówić. Moja skóra przekonała się o tym "na własnej skórze" ;). Po ok. trzech tygodniach stosowania cera stała się znacznie oczyszczona, napięta, jedwabiście gładka, a wiele porów odblokowanych i zmniejszonych. Poranne i wieczorne oczyszczanie twarzy stało się ogromną przyjemnością i luksusem, ponieważ Luna dzięki swoim pulsacyjnym wibracjom zapewnia także masaż skóry, który również ma genialny wpływ na jej kondycję. 



Ze strony technicznej również widzę same plusy. Jedno ładowanie szczoteczki wystarcza na ok. 450 użyć, w przeliczeniu wychodzi nam ok. 225 dni użytkowania. Ponadto, Luna jest zaopatrzona w timer, który informuję nas o tym, ile czasu mamy poświęcić na oczyszczenie danej partii twarzy. W praktyce wygląda to tak, że myjąc na przykład brodę, po upływie określonego czasu Luna przestaje na chwilkę pracować i tym samym informuję nas, że czas na zmianę miejsca czyszczenia. Na początku było to dla mnie trochę kłopotliwe w przyswojeniu i opanowaniu, ale po kilku użyciach doszłam już do wprawy i nie mam z tym żadnego problemu ;). 



Foreo Luna mini posiada jeden przycisk zarządzający całym mechanizmem działania. Jedno naciśnięcie uruchamia szczoteczkę, drugie spowalnia jej drganie, natomiast ostatni klik powoduje jej całkowite wyłączenie. Spowolnione wibracje idealnie nadają się do oszczenienia twarzy wokół oczu, gdzie skóra jest delikatna i wrażliwa. Jak wygląda oczyszczanie twarzy Luną? Nakładam na zwilżoną wodą twarz delikatny żel (nie może zawierać silikonów ani alkoholu!), wmasowuję w skórę, następnie spłukuję Lunę wodą i uruchamiam. Delikatnie masuje każdą część skóry, a po użyciu spłukuję twarz i szczoteczkę wodą. Ot, cała filozofia :). 



Z racji tego, że podróżuję dosyć często Luna na stałe zagościła w mojej wyjazdowej kosmetyczce. Jest tak malutka i leciutka, że dla mnie to żaden problem zabierać ją ze sobą :). Nie zajmuje wiele miejsca, jest poręczna i sprawia ogromną przyjemność mojej skórze po długiej, męczącej podróży.


Gwarancja na szczoteczkę wynosi dwa lata. Wraz z Luną otrzymujemy kartę z unikalnym kodem, który trzeba wpisać na stronie producenta w celu "zarejestrowania" naszej szczoteczki. Co więcej, producent daje nam również 10 lat gwarancji jakości, oznacza to, że jeśli nasza szczoteczka się zepsuje, producent oferuje możliwość zakupu nowej szczoteczki o połowę ceny tańszą. 


Luna ma bardzo fajny kształt, dopasowujący się do każdej części naszej twarzy. Ponadto, wygląda trochę zagadkowo, wręcz intrygująco, co również jest jej niebywałym atutem. Do wyboru mamy wiele kolorów, mój wybór padł na kolor Petal Pink. Z tego co mi wiadomo Lunę można nabyć w perfumerii Douglas, cena waha się w granicach 500 zł. Wiem, że to dużo, ale szczoteczka warta jest swojej ceny. Gdyby ktoś dysponował większą gotówką może sprawić swojej kochanej taki cudowny prezent na gwiazdkę (Mikołaje obecni tutaj? :). 





Dziewczyny, jak Wam się widzi to cudo? Chciałybyście? A może posiadacie? :).